czwartek, 16 kwietnia 2009

Dom starców, czyli co zrobić z nogami, gdy przetoczą Ci krew i nie możesz śpiewać


Kiedyś była taka instytucja jak dom starców. Teraz już nie wypada. Są domy pogodnej starości, spokojnej starości (choć to też mało poprawne politycznie – samo słowo starość jest teraz na cenzurowanym; prawie tak jak Murzyn zamiast Afroamerykanin...), są domy opieki rodzinnej, pogodnej jesieni, pomocy społecznej, ośrodki opiekuńcze, domy seniora, zakłady pielęgnacyjno-opiekuńcze. Znalazłam też coś co się nazywało centrum pielęgnacyjno-opiekuńcze „Nadzieja". Ciekawe czyja? I na co?

Ale domów starców nie ma. Bo to się źle kojarzy. Zupełnie tak, jakby ci ludzie nie wiedzieli, że są starzy. Tak, jakby inni nawet tego nie widzieli. No to ciekawe czemu pielęgniarki nie zwracają się do nich „proszę pana" albo „proszę pani", tylko mówią babciu i dziadku...

Trafiłam do Domu Dziennego Pobytu Emerytów i Rencistów... Chciałam zrobić fotografie starszych ludzi. Fascynują mnie ich twarze, ruchy, postawa. Zastanawia czy rozumieją wszystko co się do nich mówi. Dlaczego są inni? Czemu są tacy dziwni?
Też kiedyś będę stara – chcę wiedzieć co to znaczy.

Poprosiłam Marcina, żeby pojechał ze mną i pomógł mi przynieść sprzęt – lampy, statyw, przedłużacze – to wszysto waży. Jeśli mi pomoże, będę mogła skupić się wyłącznie na robieniu fotografii, a nie na walce ze sprzętem.
Przyjechaliśmy. Wchodzimy.
– Pan od garnków?
Od jakich garnków? O co chodzi?
– Nie proszę pani, chcemy zrobić zdjęcia – odpowiada.
– Od garnków? – powtarza malutka staruszka w czerwonym sweterku.
– Nie, chcemy zrobić Państwu zdjęcia – tłumaczy lekko już przerażony.
– Garnki pan ma?! – rozdzierająco pyta.
Chciałabym mieć przy sobie jakiś garnek, który mógłby ją uspokoić, bo taka jest roztrzęsiona. Staram się ją ominąć, może jak przedrę się przez tą kruchą siwą zaporę, to ktoś mnie usłyszy. Idę dalej, Marcin został. Malutkim ciałkiem zatarasowała przejście dwumetrowemu facetowi. Słyszę jeszcze, że znowu pyta o garnki... Dom wariatów? Gdzie ja trafiłam? Z tyłu dobiega mnie głos:
– Zdjęcia garnków? Ale czemu zdjęcia?
Coraz mniej odważnie wchodzę dalej. Wzrokiem staram się odszukać osobę, z którą uda mi się nawiązać kontakt. Jest jakaś opiekunka. Podchodzę. Pytam czy mogłabym zrobić zdjęcia, bo wymyśliłam taki projekt fotograficzny, żeby przedstawić starsze osoby jak najpiękniej.
– A po ile?
Nie rozumiem. Jak to po ile? Po tyle ile będzie trzeba, tak, żebym miała chociaż jedno dobre ujęcie. Aaa, nie... Chodzi o koszty odbitek.  Tłumaczę, że to MI zależy na zdjęciach. Że za darmo. Kobieta wstaje. Ustawia się przed telewizorem. Nikt na nią nie zwraca uwagi. Starają się przesunąć krzesła, tak, żeby nie zasłaniała obrazu. Przekrzywiają głowy. Opiekunka jednak się nie daje. Mówi oznajmująco, przekrzykując fonię.
– Pani przyszła. Będzie wam robiła zdjęcia.
Odzew jest jeden...
– A po ile?
– Po co mi zdjęcia.
– Czy ta pani jest od garnków?
Postanowiłam przejąć inicjatywę, bo inaczej z moich zdjęć nic nie wyjdzie. Głośno mówię, podkreślając samogłoski, że jestem z Akademii Sztuk Pięknych i chciałabym zrobić im zdjęcia, żeby później zaprezentować je na wystawie. Pytam czy zgadzają się na fotografie.
Odmawiają wszyscy.
Znowu nic nie rozumiem. Byłam przygotowana, że może jedna czy dwie osoby się nie zgodzą, ale żeby tak wszyscy na raz? Jednym głosem mówią NIE? Ratuje mnie opiekunka.
– Za darmo.
Ufff... Teraz się zgadzają, ale...
– A mogłaby Pani przyjść jutro?
Czemu jutro? Przecież dzisiaj już przytargałam te tony sprzętu.
– Bo ja taka nieuczesana jestem.
– Muszę się umalować.
– Jutro przyjdę w garniturze.
Usiłuję jeszcze polemizować, przekonywać, że właśnie dzisiaj wyglądają cudownie. Przecież i tak im nie pomoże jak się uczeszą. Są starzy.
Bez względu na to czy uczesani czy nie, są po prostu starzy. Nie mogą wyglądać ładnie. Wyglądają jak starzy ludzie.
Jestem hipokrytką, przecież niby chciałam pokazać ich piękno. Kłamię w żywe oczy dla własnego interesu? Jestem zdrajczynią własnych przekonań? Staram się sobie wytłumaczyć, że przecież piękno tkwi właśnie w ich starości, w ich rysach, w tym, że na twarzach widać jak wiele przeżyli. Wiem, że kłamię. Jest mi obojętne jak wyglądają, byleby byli dostatecznie starzy. Chcę zrobić fotografię starości. Jak najbardziej dokładną.
A oni o fryzurze i garniturach... Nie dali się przekonać – chcą się uczesać. Trudno. Przyjdę jutro.
Wychodzę, a po głowie tłucze mi się jedna z piosenek:

Przemijamy i taka jest prawda
przemijamy i taki jest fakt
umieramy a później rodzimy się,
ale inny zupełnie jest świat.


Oni zachowują się jakby jednocześnie umierali i rodzili się. Są starzy i są dziecinni. Jedyną stałą jest to, że „inny zupełnie jest świat". Dziwna stałość.
Mój świat też już jest inny – koniecznie muszę przejść do zakończenia:

więc wypijmy za to co mamy,
więc wypijmy za to czego nie
nie wiesz kiedy nadejdzie koniec
jedno życie jedna śmierć.


Jest mi wszystko jedno za co wypiję. Muszę wypić. Szybko. Pytam Marcina czy mógłby prowadzić auto.
Nie jestem pewna czy tam jutro wrócę.

Wracam.
I nie potrafię zapanować nad rozczuleniem na widok kobiet, które mają ufryzowane włosy i są umalowane, oraz panów w białych koszulach i garniturach. Jeden nawet przyszedł w mundurze. Z odznaczeniami.
Zupełnie jak w dniu matki w przedszkolu. Wiemy, że dzieci nie umieją śpiewać. Recytują sepleniąc. Zapominają powiedzieć trzech ostatnich zwrotek. A mimo wszystko jesteśmy zachwyceni. Dlaczego? Bo są takie nieporadne i tak się starają. I zupełnie nie zdają sobie sprawy z tej swojej nieporadności. Dają z siebie wszystko. A my to doceniamy. Wiemy, że to właśnie jest ich „najbardziej".

Już nie chcę im zrobić „starych" zdjęć. Chcę, żeby wyglądali pięknie. Nie mogę ich zawieść. Chcę żeby byli zadowoleni. Włożyli w to tyle wysiłku. Moje plany „artystyczne" są tak nieważne... Są niczym w porównaniu do nadziei, którą widzę na ich twarzach.
Proszę każdego z osobna, żeby usiadł na krześle. Siadają sztywno, najczęściej ze złożonymi rękoma. Z poważną miną – nie uśmiechają się, bo przecież „to do zdjęcia".
Najwięcej o ich starości mówią nogi. Sztywno złączone, za każdym razem niepewne. Nie wiedzące czy mają stać równiutko, jak na apelu, czy może wsunąć się pod krzesło, żeby nie przeszkadzać.

Dzieci bawią się swoim stopami – to integralna część ich „jestestwa"; małolaty rozwalają się na krześle wyciągając nogi beztrosko przed siebie – nie ma dla nich znaczenia, że ktoś nie może przejść; biznesmeni w garniturze siadają szeroko rozstawiając nogi – zawsze są „u siebie"; zgrabne dziewczyny eksponują je w taki sposób, żeby prezentowały się najkorzystniej; nauczycielki siadają tak, by z ostatniej ławki nie było widać majtek; a starsi ludzie nie wiedzą co z nimi zrobić. Usiłują je umiejscowić, żeby były jak najmniej „przeszkadzające".

Problemu nie ma pan na wózku – on ma nogi tak, jak mu je ktoś ułożył. Na tej podstawie chyba nie powinnam wnioskować czy jest pewny siebie czy nie. On też wygląda jakby mu było wszytko jedno – nie próbuje nimi nic „ugrać". Ciekawe czy ma jeszcze poczucie, że to są jego nogi, czy może stara się ich nie zauważać? Bo przecież to balast, irytująca bezwładność nad którą nie można zapanować.
Jak mi się torba z zakupami obija o biodro, to staram się ułożyć ją tak, żeby najlepiej „współpracowała" z moim ciałem. A jak się nie udaje, to myślę, że następnym razem nie zrobię takich dużych zakupów. A co myśli pan na wózku? Następnym razem nie kupi takich dużych nóg? Też mu się pewnie o biodro obijają...

Mojej babci niedawno obcięli nogę. Ma cukrzycę i podobno trzeba było obciąć, żeby jej ratować życie. Po operacji bałam się do niej pojechać. Przecież moja babcia miała zawsze dwie nogi. A teraz co? Jedną? Do niczego z taką babcią.
A jak umrze, a ja zamiast jej ciepłego uśmiechu i chleba z cukrem będę pamiętała tylko kikut? Czerwony kawałek mięsa na za krótkiej kości, zamiast babci? Znam ją, wiem, że z pewnością mi to pokaże. Gdybym chociaż miała pewność, że będzie tę obciętą nogę trzymała pod kołdrą. Ale nie, moja babcia jest fantastycznie naturalna – opowiada gdzie włożyła swoje plastikowe zęby, pokazuje wygięte artretyzmem palce, więc z pewnością pokaże mi i nogę. A właściwie to ten brak nogi. Tylko ja nie będę patrzyła na brak, ale na początek braku.
Boooże, dobrze, że nie ma sztucznego odbytu jak Havel.
Nie pojadę na razie. Jak będę miała pewność, że przeżyje, to wtedy się wybiorę. Zdąży mi się utrwalić widok babci bez nogi, a nie sam brak.
Zadzwoniłam do niej, żeby zapytać jak się czuje. Zaśmiała się (jak człowiek, któremu obcięto nogę w ogóle może się śmiać?!) i powiedziała, że jak ma się czuć – normalnie się czuje, jak bez nogi. Też się zaśmiałam (jak człowiek rozmawiając z kimś, komu właśnie obcięto nogę może się zaśmiać?!).
A później mi wyjaśniła jak to jest, że można się śmiać. Powiedziała, że jak jej smutno to śpiewa.
– Jak nikogo nie ma, to śpiewam sobie. Trochę głos mi znika – 1,5 litra krwi mi przetoczyli, więc to chyba od tego. Ale to nic. Wtedy to sobie tak po cichu śpiewam.
I mówi mi to, a ja widzę jak samiuteńka leży w pokoju, bo wszyscy zajęci swoimi sprawami nie mają czasu i łamiącym się głosem śpiewa, żeby jej smutno nie było...
Powiedziała jeszcze, że mówi sobie wierszyki z dzieciństwa. Przypomniały jej się wszystkie w szpitalu, po amputacji. Zaczęła je opowiadać pielęgniarkom. Starsza pani mówiąca wierszyki z akademii szkolnych...
– Jak w szpitalu siostrom powiedziałam, to od razu po lekarza pobiegły i drugi raz mówiłam. Wyściskał mnie za to. A jak następnego dnia przyszedł, to znowu mnie wyściskał, że tak ładnie mówiłam. Dobrze mi tam było. Wszyscy tacy mili...
Łzy mam w gardle – dziwna czy święta? Przecież do niej też w szpitalu mówili „babciu"...
Dobrze chociaż, że jej nikt zdjęć nie robił. Była nieuczesana.

czwartek, 19 marca 2009

Mój plakat w siedzibie SAR


Właśnie dzisiaj dowiedziałam się, że mój plakat wisi w Warszawie! W siedzibie Stowarzyszenia Agencji Reklamowych.
Wysłałam go na 8. edycję konkursu Galerii Plakatu AMS pod hasłem "Myśl rowerowo". Nie wygrałam i myślałam, że to już wszystko na ten temat :) A tu nagle dzisiaj odezwała się koleżanka mówiąc, że była na wystawie w Warszawie i że gratuluje, bo widziała moją Marilyn z rowerami :)
Okazało się, że projekt dotarł do ścisłego finału – spośród tych prac wybierane było Grand Prix.
Szkoda, że nic nie wiedziałam – z chęcią bym go zobaczyła w dużym formacie. No, ale nic straconego... Jak będę w W-wie, to z pewnością tam zajrzę.
Stowarzyszenie Agencji Reklamowych, Warszawa, ul. Łowicka 25.

niedziela, 15 marca 2009

Wystawa w Poznaniu


Moje LOMO fotki będą pokazywane na wystawie w Poznaniu :)
Zakwalifikowały się do projektu SPOT.kontroli, który oprócz konkursu obejmuje też SPOT.Flash.Party, spotkania z twórcami i warsztaty fotografii analogowej.
Miejsce na wernisaż przepiękne - budynek z czerwonej cegły galerii SPOT. powstał w 1895 roku. Początkowo mieściła się tam elektrownia. Później "fabryka tabaczna" (1922 r.), a w 1929 - Zakłady Artystyczne Brązowniczo-Srebrnicze :)

Wystawa "SPOT.kontroli" potrwa od 20. marca do 5. kwietnia 2009 r., SPOT., ul. Dolna Wilda 87, Poznań.

poniedziałek, 2 marca 2009

Turkye condensed






Lomo art


zasady LOMO

• Zawsze miej przy sobie aparat
• Rób zdjęcia o każdej porze dnia i nocy (zapomnij o technice czy oświetleniu, po prostu pstrykaj)
• LOMO nie jest dodatkiem do Twojego życia, jest jego częścią
• Pstrykaj z biodra
• Fotografuj przedmioty najbliżej jak możesz
• Nie myśl
• Bądź szybki
• Nie musisz wiedzieć, co akurat sfotografowałeś
• Nie musisz tego wiedzieć później
• Zapomnij o zasadach


wtorek, 24 lutego 2009

Czasami kseruję


Esej "Czasami kseruję" ukazał się na łamach kwartalnika literackiego "Korespondencja z ojcem" nr 11/2008

Czasami kseruję
Aleksandra Ośko

Przyszła dzisiaj do mnie, do redakcji. I opowiadała o tym, że jej dziecko zmarło. Że się udusiło. Mnie, obcej osobie. Nie wiedziałam co robić, co mówić. Płakałam. Tusz do rzęs szczypał mnie w oczy. Rozmazywałam go ręką po twarzy. Ona też płakała. Ale chyba często płacze, bo była przygotowana. Bez makijażu. I z chusteczkami w torebce. Ja nie byłam przygotowana. Ani na płakanie, ani na jej opowieść. Na historię o pępowinie, którą lekarka rękoma rozrywała, żeby reanimować dziecko. Pępowinie owiniętej 4 razy. Która dusiła i zabijała, a przecież miała żywić. Zabiła.
40 minut reanimacji. Czy to dużo? Pewnie musieli już być zmęczeni. Ciekawe czy do końca wierzyli, że się uda. Czy płakali. Bo podobno jej ojciec krzyczał. Na korytarzu. Z rozpaczy. Nie mąż, ale ojciec. Dziwne. Pewnie płakał nad nieszczęściem swojego dziecka. Dziecka-córki. Nie dziecka-wnuka. Myślę, że wszyscy płakali. Chociaż mąż to podobno jeszcze szeptał: oddajcie mi moje dziecko, oddajcie mi moje dziecko.
Słuchałam tego wszystkiego w redakcji pełnej ludzi. Dzwoniły telefony, włączał się faks. A ja notowałam. Bo moim obowiązkiem jest notować. Jak najwięcej danych. Jak najwięcej wyrazów. W połowie wypisał mi się długopis. Wzięłam jej. Notowałam jej historię, jej długopisem. Głupio się czułam. Mam na biurku dużo długopisów, ale wstydziłam się wstać. Wydawało mi się to jakieś takie „niestosowne". Nie mogłam się zdobyć, żeby powiedzieć pani, że ja przepraszam na chwilę, ale muszę iść po długopis. Bo mój się właśnie wypisał. Właśnie teraz, gdy oni w szpitalu decydują czy robić cesarskie cięcie czy jeszcze czekać. Gdy wyciągają jej dziecko z brzucha. Gdy przestaje mu bić serce. A ja myślę tylko o tym, że nie pisze mi ten cholerny długopis! Nie pisze!!! Cholera!
Trudno. Wzięłam jej. Akurat miała w ręku. Dziecko właśnie zmarło. A obca pani opowiadała dalej. O tym, że się cieszy, bo go mogła przytulić. I że był jeszcze ciepły. Że kupili mu grzechotkę do trumny. Że miał białe ubranko. I jakieś takie dziwne rzeczy jeszcze mówiła - że trumna była biała, że przeleciał gołąbek, że słońce zaświeciło. Że to niby znak.
Dzisiaj też słońce zaświeciło. Jakieś ptaki za oknem też latają. I co? To jakiś znak niby?
Muszę jeszcze zrobić zdjęcie. Materiał bez zdjęcia się nie ukaże. Musi być zdjęcie.

Mówi, że chce zdjęcie z synkiem. Nie wiem o co jej chodzi. Wyciąga z torebki ramkę w różyczki. W niej jest wydruk z USG. Chyba powinnam powiedzieć, że ładny. Tak się zazwyczaj mówi na widok fotografii małych dzieci. Ale czy tak się mówi na widok USG małych dzieci? A na widok USG nieżywych dzieci?
Nic nie mówię. Każę jej usiąść na innym krześle, bo siedzi "pod światło" i zdjęcie wyjdzie za ciemne. Dobre wyszło. Nawet ładne. Bo ona taka smutna i ta ramka w różyczki. Jest ok.
Dała mi wyniki sekcji zwłok. Skserowałam je. Bo to jest moja praca. Taki mam zawód. Kseruję sekcje zwłok noworodków. Niektóre z nich mają na imię Marcel. Ten tak ma. Jest napisane na tabliczce, na cmentarzu. Marcel. Hm, dziwne imię. Marcelek-precelek. Bez sensu to imię.
Pewnie artykuł pójdzie na całą stronę. Bo szkoda byłoby marnować taki temat na połówkę. Pewnie będzie cała. Ze zdjęciem.
•••
Jestem dziennikarzem. Piszę. Kseruję też różne rzeczy. Czasami robię zdjęcia. Czasami płaczę.

O Józefie, który zatrzymał czas...


Historia "O Józefie" ukazała się na łamach kwartalnika literackiego "Korespondencja z ojcem" nr 12/2008



O Józefie, który zatrzymał czas...
Aleksandra Ośko


Józef zawsze był stary. Od kiedy pamiętam. Znałam go całe życie. Od najmłodszych lat wiedziałam, że w Borach Tucholskich, we wsi nad jeziorami jest dom, gdzie mieszka Józef wraz z żoną i ósemką dzieci.
Józef robił trumny. Takie tanie, sosnowe i te droższe, z dębu. Malutkie białe i duże brązowe. Pudełeczka z krzyżykiem na wierzchu. Ludzie zawsze umierają. Józef o tym wiedział.

Na podwórku pachniało drewnem i miodem, a ja biegałam razem z jego dzieciakami po łące, jadłam z nimi chleb z masłem i cukrem, a w niedzielę – świeży placek z wiśniami. Józef był stałą, która wyznaczała moje dzieciństwo.
Gdy urodziłam syna, wiedziałam, że muszę z nim pojechać do Józefa. Ważne było, żeby zawieźć go tam, gdzie CZAS jest niezmiennie taki sam – bzyczący leniwie muchą, świecący słońcem nagrzewającym piasek przy drodze i ustrojony źdźbłami siana wypadającymi z wozu. CZAS gdaczący kurą, która uciekała, gdy chciało się ją pogłaskać, chlapiący błotem, gdy padał deszcz i można było boso przeciskać kałuże między palcami, brudny i umorusany, gdy wracało się do domu po sprowadzeniu krów z pastwiska. CZAS, który przyspieszał jedynie wtedy, gdy trzeba było uciekać przed indykiem, który głośno gulgocząc szczypał po gołych łydkach.
I nagle CZAS się skończył. A właściwie zamarł. Ustał. Zdezorientowany zatrzymał się, nie wiedząc co robić dalej.
Józef zmarł.
•••

Zabrałam syna na pogrzeb Józefa.

Dla Jego bolesnej Męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Leżał tam, a trumna była zamknięta.
Trumna zrobiona własnoręcznie przez jego synów.
Najpiękniejsza ze wszystkich, które dotąd zrobili. Dla ojca.
Własnoręcznie ciosane tralki, krzyż wyrzeźbiony na wieku, wokół przepiękne liście, które Zychu sam wycinał dłutem. Poduszkę uszyła Basia. Ona zawsze szyje poduszki do trumien, wypycha wiórami, przyozdabia koronką. Tę też uszyła. Zamiast wiórów włożyła pióra. Żeby ojcu było wygodniej, żeby miał miękko.

Dla Jego bolesnej Męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Leżał tam, a ksiądz wspominał.
Wspominał, że gdy byli mali, to przychodzili do Józefa, a on im dawał miód świeżo wyjęty z ula. Bo lubił pszczoły. I lubił dzieci.
Trochę się go bali, był szorstki w obyciu. Mówił do nich poważnie, jak do dorosłych. I wymagał poważnych odpowiedzi. Ale za każdym razem pytał „czy czego wam nie trzeba?". Jak któreś było głodne, to prowadził do kuchni, do Zofii, która sadzała przy stole z własnymi dziećmi.

Dla Jego bolesnej Męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Leżał tam, a wokół latały anioły.
Anioły grube, z ciosanymi twarzami, z czerwonymi polikami odmrożonymi w dzieciństwie, z brudnymi stopami i dłońmi twardymi od ciężkiej pracy.
Anioły silne, mogące wszystko, dbające o najbliższych, gotowe dzielić się posiłkiem z potrzebującymi. Jednak pamiętające też o prostej sprawiedliwość – najpierw trzeba na jedzenie zapracować.
Józef zapracował – mógł jeść z aniołem z jednego talerza.

Dla Jego bolesnej Męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Leżał tam, a kościół był pełen ludzi.
Więcej niż na niedzielnej mszy. Nie zmieścili się wszyscy do środka.
Cała wieś się zeszła, przyjechali też z sąsiednich. Okazać szacunek Józefowi.

Dla Jego bolesnej Męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Leżał tam, a tylko sąsiedzi nie przyszli.
Mieli w piwnicy świnię. I masarza. Nie mogli tego przełożyć – mięso by się zepsuło. A masarza trzeba było pilnować, bo pił. Zasnąłby w tej piwnicy przytulony do truchła.
W całym domu było mięso. Wielkie kawały czerwono-białej karkówki leżały już przy drzwiach wejściowych w plastikowej misce. Na stole słoniny, gorący smalec, ręce Olki we krwi od odkrawania gulaszowego. Cały dom w mięsie.
Można było już popróbować kaszanki. Jeszcze ciepła.

Dla Jego bolesnej Męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Leżał tam, a Zofia płakała.
Wnukowie nieśli trumnę. Sześciu chłopców, których kiedyś dziadek nosił na rękach. Ich, i ich rodziców. Po wiele razy.
Teraz mogli się odwdzięczyć. Ponieśli Józefa na swoich ramionach. Na ten jeden najdłuższy spacer. Za wszystkie chwile kiedy ze śmiechem podrzucał ich w górę; kiedy płakali, a on wycierał im łzy i zasmarkane twarze; kiedy pomagał się podnieść, ścierając piasek z zakrwawionego kolana.
Trumna była ciężka, wrzynała się w barki. Ale to był dług. Trzeba go spłacić.
Nieśli Józefa na własnych ramionach. Ten ostatni raz.

Dla Jego bolesnej Męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Leżał tam, a oni sypali piasek.
Łysy pan grał na trąbce. Ale Józef najbardziej lubił akordeon... Później Rychu – Józefa najstarszy – powiedział, że chciał zamówić akordeon. Tylko co ludzie powiedzą – żeby na pogrzebie przygrywać na akordeonie? Że zabawę sobie na cmentarzu robią...
Do końca życia będzie żałował, że tego akordeonu nie zamówił...

Dla Jego bolesnej Męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Leżał tam i zaczął wiać wiatr.
Szarpał spódnicami kobiet, targał misternie ułożone włosy, sypał piaskiem, przewracając wazony na cmentarzu. I wtedy dziecko powiedziało: „Brunonowi Stosikowi się kwiat przewrócił." Faktycznie, wywaliła się plastikowa żółta chryzantema w doniczce, stojąca na grobie obok.
„Brunonowi Stosikowi się kwiat przewrócił"... A ja pomyślałam, że to Józefowi się kwiat przewrócił. Ot, i tyle. Nic więcej. Po prostu. Przewrócił się Józefowi kwiat.


Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata

... Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci KWIAT na przebłaganie...

CZAS ruszył do przodu.

poniedziałek, 23 lutego 2009

Baletnica





Wczoraj na Balu Charytatywnym podczas aukcji mój rysunek został sprzedany za 400 złotych. Baletnica.
(pastel, 50/70 cm, tutaj jeszcze przed oprawieniem)
Miło, że mogłam pomóc.

Forma


Zapytano mnie kiedyś o to czym jest forma.

W sztuce to układ części, elementów, składników dzieła. „Forma to widzialny kształt treści" – twierdzili artyści.
Ale czy to cokolwiek wyjaśnia? A co z formą nie niosącą żadnych treści? Jest formą nadal?
Witkacy uważał, że "czysta forma", to zerwanie z realizmem i naturalizmem. Dzieło skonstruowane na tych zasadach powinno charakteryzować się przypadkową tematyką, brakiem chronologicznych następstw w fabule, odrzuceniem praw psychologii, biologii i etyki. Czy to w ogóle możliwe?

Czym jest forma?
Forma to przestrzeń pomiędzy cieniami. Jedyny powód ich istnienia.
Forma to element, który wypełnia pustkę między oddechem, a oddechem.
Forma pozwala powstać temu, co nigdy nie byłoby zauważone, gdyby nie znalazło się wewnątrz albo poza.
Forma organizuje rzeczywistość, gdyż inaczej byłoby tylko samo "pomiędzy". A to mogłoby umknąć niezauważone. Niedotykalne, niewidzialne, nienazwane.
Forma jest niczym. Ważniejszy jest cień, który dzięki niej powstaje. Ale bez niej by go nie było...